Anwil wygrał z Rosą

Autor: Mac

Anwil w ostatnich spotkaniach odnosi zwycięstwa, ale do stylu gry można mieć pewne zastrzeżenia. Z kolei Rosa z całą pewnością nie gra na miarę oczekiwań, wręcz zawodzi, ale to zawsze groźny przeciwnik z silną kadrą. Dodatkowo Radom z całą pewnością nie jest miejscem, gdzie łatwo nam się gra.

Te fakty powodowały, że niedzielny hit zapowiadał się ekscytująco. Na szczęście możemy wracać „z tarczą” po tej batalii.

Teraz bez wątpienia można stwierdzić, że byliśmy świadkami prawdziwego meczu walki. Dla bezstronnego widza to może nie była dobra reklama koszykówki, a sędziowie swoimi niezrozumiałymi gwizdkami psuli ten obraz jeszcze bardziej. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że żadna ze stron nie odpuszczała nawet na moment.

W tej bitwie lepiej odnajdował się Anwil i to nasz zespół był stroną dominującą. Ivan Almeida świetnie sobie radził z rozbijaniem defensywy rywali. Taki stan rzeczy utrzymywał się do trzeciej kwarty. Wówczas gospodarze złapali niesamowity wiatr w żagle. Anwilowcy, kolejny raz w tym sezonie, zagubili się mentalnie, a nasze ataki były totalnie nieprzygotowane.

W Rosie szczególnie błysnął Michał Sokołowski. Napędzał kolejne ataki swojego zespołu i nasza przewaga wręcz totalnie stopniała. „Sokół” w początkowej fazie spotkania był totalnie niewidoczny. Wręcz nie istniał na parkiecie. W odpowiednim momencie dał jednak o sobie znać i przy naszej biernej postawie mogło to zakończyć się źle. Nie ukrywam, że miałem pewne obawy, bo przecież Anwil w obecnym sezonie lubi przysparzać nam niepotrzebnych emocji, a Radom to naprawdę ciężki teren. Sokołowski całe to spotkanie zakończył z dorobkiem 15 punktów oraz 4 zbiórek.

Mamy szczęście, że w momencie, gdy cały nasz zespół grał „piach” to grę szarpał Jaylin Airington. Amerykanin skutecznie rozegrał kilka akcji, które w ogólnym rozrachunku mogły okazać się kluczowe. Nasz obwodowy ostatnio prezentuje zaskakująco wysoką formę, ale w Radomiu przeszedł samego siebie. Grał odważnie, mądrze i zespołowo. Niczym prawdziwy lider. W moich oczach to właśnie Airington jest głównym ojcem tego zwycięstwa. Ostatnio otrzymuje ode mnie sporo pochwał, a teraz wręcz wzniósł się na wyżyny. Z całą pewnością to był jego najlepszy mecz na parkietach PLK. Zapisał na swoim koncie 23 punkty, 5 asyst i 3 zbiórki. Z całą pewnością nie ma już śladu po tym przestraszonym chłopaku z początku sezonu. Teraz mamy do czynienia z Airingtonem, który potrafi wnieść bardzo dużo do gry zespołu po obydwu stronach parkietu.

Kluczowym wydarzeniem tego spotkania było „wyfaulowanie” dwóch kluczowych zawodników Rosy w ostatniej odsłonie spotkania. Najpierw piąte przewinienie popełnił Igor Zajcew. Ukrainiec sprawiał nam sporo problemów i zakończył spotkanie z dorobkiem 14 punktów i 7 zbiórek. Niedługo po tym, z tego samego powodu, parkiet opuścił wspominany już Sokołowski. Oczywiście „Sokół” cały czas ma gorącą głowę i nie oszczędził arbitrom jakiś głupich gestów. Moim zdaniem takie zachowanie nie powinno obyć się bez kary ze strony ligi.

Po tych wydarzeniach gra Rosy totalnie się rozkleiła. Na parkiecie istniał już tylko Anwil. Zajcew opuścił plac gry na 4,5 minuty przed końcem. Ten fragment wygraliśmy 5:14 i przypieczętowaliśmy ważne zwycięstwo.

Airington zanotował prawdziwy wystrzał formy, ale nie można zapomnieć o roli, jaką odegrał Ivan Almeida. Nasz as może dopisać kolejne udane spotkanie na swoje konto. Był niezwykle ważnym punktem naszego zespołu. Nie skupiał się tylko i wyłącznie na zdobywaniu punktów, ale również bardzo chętnie kreował partnerów z drużyny. „El Condor” zanotował 19 punktów, 7 asyst i 4 zbiórki.

Podczas meczu z Rosą do gry wrócił Kamil Łączyński. Kapitan opuścił dwa poprzednie spotkania ze względu na problemy zdrowotne, ale na szczęście jest już gotowy i dzięki jego osobie nasze rozegranie bardzo wiele zyskało. Gdy „Łączka” przebywa na parkiecie, to gra Anwilu wygląda po prostu pewniej i lepiej. Robi mnóstwo małych rzeczy, których nie znajdzie się w statystykach. Teraz dodatkowo był bardzo skoncentrowany na defensywie i wykorzystywał swoje „lepkie rączki”. Efektem tego było aż 5 przechwytów na jego koncie. Dzięki temu mogliśmy napędzać szybkie ataki, a niektóre z nich były naprawdę efektowne (ta akcji z filmiku poniżej to dla mnie murowany kandydat do TOP10 tygodnia). Poza tym Łączyński zapisał przy swoim nazwisku 7 punktów i 4 asysty. Mógłby jednak wreszcie zrobić coś ze swoją skutecznością na dystansie. Jego nieciekawa seria trwa i tym razem miał 1/5 za trzy.

Bardzo zaimponował mi również Josip Sobin. Chorwat ostatnio nie błyszczy formą, ale tym razem był niezwykle aktywny i waleczny niczym lew. Wykonywał pod koszami tytaniczną pracę. Jego dorobek to 15 punktów i 10 zbiórek. Sprawiał wrażenie, że prędzej straci przytomność, niż odpuści jakąś piłkę. Takich wojowników potrzebujemy w naszym Anwilu. Sobin mógł dorzucić jeszcze kilka „oczek”, ale piłka pechowo wypadała z kosza.

Statystycznie najlepszym graczem Rosy był Kevin Punter. Amerykanin zdobył 20 punktów, zebrał 5 piłek i rozdał 3 asysty. W moich oczach to nie jest jednak żaden wielki koszykarz. W jego grze, momentami, rozsądek schodzi w cień kosztem pewnego rodzaju szaleństwa. Prawda jest taka, że piłka po jego rzutach często niespodziewanie znajduje drogę do kosza, ale ja nie jestem zwolennikiem tego typu zawodników.

Na zakończenie zostawiłem sobie pewien mankament naszej gry, który najbardziej mnie zabolał. Kolejny raz mieliśmy kolosalny problem z rzutami wolnymi. Teraz to nie stanęło na przeszkodzie do odniesienia zwycięstwa, ale w wyrównanych spotkaniach to może być kluczowy czynnik. W Radomiu zanotowaliśmy marne 6/14 z linii. Jak na zawodową koszykówkę to jest istny dramat. W tym niechlubnym osiągnięciu prym wiódł Paweł Leończyk. „Leon” rozegrał swoje najgorsze spotkanie w obecnym sezonie (5 pkt i 4 zb), ale skuteczność 1/5 z osobistych przebiła wszystko. Mam nadzieję, że to już więcej się nie powtórzy.

Pin It

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.