Wymęczone zwycięstwo Anwilu z Miastem Szkła

Autor: Mac

Podczas pierwszej kwarty niedawnego meczu z Legią Warszawa strasznie bolały mnie oczy. Żadne krople nie pomagały. Ta sama przypadłość niestety wróciła w trakcie pojedynku z Miastem Szkła Krosno. Co gorsze, tym razem trwała przez całe spotkanie.

Uczciwie trzeba przyznać, że Anwil rozegrał bardzo słabe i brzydkie spotkanie.

Od pierwszego gwizdka arbitra mieliśmy duże problemy, aby złapać odpowiedni rytm. Ponownie nie grał Kamil Łączyński i rozgrywanie totalnie kulało. Nasze ataki były nieprzygotowane. Więcej było spontanicznej koszykówki, bez pomysłu, niż ułożonej gry. Anwil był jak zbiór kolesi, którzy wieczorem, po ciężkim dniu pracy, wyszli sobie pograć w basket. Rezultatem takiej gry była słabiutka skuteczność.

Pod nieobecność „Łączki” za przeprowadzanie piłki najczęściej brali się Ivan Almeida, Ante Delas czy Jaylin Airington. Po krótkiej obserwacji można było szybko wyciągnąć wnioski, że żaden z nich nie ma raczej nic wspólnego z kreowaniem gry. Ten widok był totalnym potwierdzeniem tezy, że Anwil potrzebuje nowego zawodnika w swoich szeregach. Mam nadzieję, że nasi włodarze ostro nad tym pracują, bo inaczej będzie ciężko.

Ekipa z Krosna grała ambitnie, ale na pewno nie kosmicznie. Potrafili jednak wykorzystać naszą niemoc i pierwsza kwartę wygrali 12:20. Na szczęście później Anwilowcy wzięli się w garść i było trochę lepiej. Nie potrafiliśmy jednak narzucić swojego tempa i przejąć tego spotkania tak jak to miało miejsce w Warszawie. Przez własne zagubienie zaserwowaliśmy sobie emocje do ostatniej syreny. Potrafiliśmy odskoczyć na kilka punktów, ale brakowało przysłowiowej „kropki nad i”.

W samej końcówce nawet Ante Delas przestrzelił rzut wolny. W obecnym sezonie to była dopiero druga pomyłka Chorwata z linii. Mogło skończyć się to dla nas bardzo źle, bo w ostatniej akcji było +2 dla nas, ale piłka była w rękach graczy z Krosna. Te końcowe sekundy to był istny chaos i seria niefortunnych zdarzeń. Brakowało tylko muzyki z Benny’ego Hilla w tle. Tak to wszystko jednak się ułożyło, że Krzysztof Jakóbczyk miał całkiem niezłą pozycję na dystansie. Na szczęście dla nas, przestrzelił i mogliśmy dopisać kolejne zwycięstwo na swoje konto. Ryzyko było duże, bo Jakóbczyk grał bardzo dobre spotkanie. Wcześniej miał 3/4 za trzy.

Jakóbczyk ostatnio prezentuje wysoką formę. Myślałem, że w starciu z naszym zespołem totalnie się spali, ale tak nie było. Grał bez respektu i zaaplikował nam 15 punktów, co jest jednym z jego najlepszych występów w bieżących rozgrywkach.

Sporo złego wyrządził nam również JayVaughn Pinkston. Niezwykle silny, a przy tym mobilny Amerykanin. W Hali Mistrzów zanotował 13 punktów, 8 zbiórek i 4 asysty. Nasi podkoszowi mieli z nim sporo pracy, bo Pinkston jest wręcz nieprzewidywalny. Niektóre jego akcje wydają się z góry skazane na porażkę, a jednak kończą się sukcesem.

Ten mecz to był kolejny dowód no to, że powinniśmy być niezwykle szczęśliwi z powodu gry Ivana Almeidy w naszej koszulce. „El Condor” był niezwykle aktywny po obydwu stronach parkietu. Robił wszystko i był niczym „człowiek orkiestra”. Spośród naszych „przeprowadzaczy piłek” to właśnie Almeida wydawał się najpewniejszy. Oczywiście nie grał jak prawdziwy rozgrywający, ale w porównaniu z resztą było całkiem nieźle.

Tak naprawdę to Almeida wyciągnął ten mecz. Nękał rywali zarówno w ataku, jak i obronie. Zastrzeżenie można mieć tylko do jego skuteczności za trzy, która wyniosła 1/7. Wszystkie pozostałe elementy na duży plus. „El Condor” zdobył 21 punktów, 10 zbiórek, 4 asysty, 5 przechwytów oraz 4 bloki. MIAZGA! Nie wiem nawet, czy czasami statystykom nie uciekł jeden jego blok. Mimo to, cyferki Almeidy i tak robią wrażenie. Oczywiście nie zabrakło również wsadu, po którym musiałem zbierać szczękę z podłogi. Bez wątpienia ten mecz należał do niego i zasłużył bezdyskusyjnie na tytuł bohatera tego starcia.

To było naprawdę tragiczne spotkanie w wykonaniu Anwilu. W tym sezonie nie zdarzyło nam się jeszcze spotkanie z tak nikłą zdobyczą punktową. Nie można tego lekceważyć, bo ostatnio blask, którym raziliśmy po oczach, jest niemal niewidoczny. Oby niedługo wszystko wróciło do normy. A teraz cieszmy się po prostu z kolejnego zwycięstwa, bo każde jest niezwykle ważne.

Pin It

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *