Kolejna porażka Śląska w końcówce

Polpharma Starogard Gdański wygrała drugi mecz z rzędu odkąd trenerem zespołu z Kociewia został Wojciech Kamiński. Tym razem przed własną publicznością ze Śląskiem Wrocław 73-71.


W Starogardzie zjawiłem się na około godzinę przed meczem i po zaparkowaniu auta w oczy rzuciła mi się obecność niemal wszędzie w najbliższej okolicy hali Polpharmy, Kazimierza Deyny. Podobizny urodzonego w Starogardzie naszego legendarnego piłkarza wymalowane są na wielu ścianach, a jego imieniem nazwany jest niewielki stadionik położony bezpośrednio przy hali. Sama sala wydawała mi się mała w telewizji, ale to co zobaczyłem na żywo przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie obrażając miejscowych kibiców, jest to zwyczajny „kurnik”, w którym na pierwszy rzut oka mieści się ok. 1000 osób. Ok, pora jednak przejść do samego meczu.

Tuż przed rozpoczęciem spotkania, kibice gospodarzy bardzo miło przywitali Roberta Skibniewskiego, który poprzedni sezon spędził jako gracz Polpharmy. Nie zabrakło także nieprzyjemnych przyśpiewek na temat „prawdziwości” Śląska, ale do tego wszyscy chyba już zdążyli się przyzwyczaić i przechodzą nad tym do porządku dziennego.

Po dwóch wygranych z rzędu wrocławianie przyjechali do Starogardu w roli faworytów. Wydawało się, że podopieczni Miodraga Rajkovica złapali odpowiedni rytm i podczas trwającej trasie wyjazdowej dołączą do ligowej czołówki. Jak się jednak okazało, potknęli się już na pierwszej przeszkodzie. Wojciech Kamiński zaliczył wspaniały start jako szkoleniowiec Polphy i po dwóch wygranych wyciąga powoli zespół z Kociewia z dna tabeli. Od meczu ze Śląskiem do kadry starogardzian dołączył stary znajomy Patrick Okafor.

Nigeryjczyk nie wyszedł w pierwszej piątce, a Kamiński zaufał tym samym zawodnikom, którzy pewnie pokonali PBG Poznań w poprzedniej serii gier. Przez całą pierwszą połowę trwała wyrównana walka punkt za punkt. Żadna z drużyn nie była w stanie osiągnąć większej przewagi aż do 39 minuty, kiedy to przyjezdni odskoczyli na sześć „oczek” i właśnie z taką przewagą schodzili na przerwę (43-37).

Skutecznie grali w tym okresie obaj wrocławscy Amerykanie. Paul Graham skutecznie penetrował pole trzech sekund, a Qa’rraan Calhoun zdobywał punkty z dystansu oraz zbierał razem z Aleksandarem Mladenovicem niemal wszystkie piłki na bronionej desce.

Po zmianie stron, gospodarze wyszli na parkiet bardzo bojowo nastawieni co jednak na niewiele się zdało. Na przestrzeni 4 minut – od drugiej do szóstej – wrocławianie zaliczyli run 8-2 i wyszli na najwyższe w tym momencie prowadzenie w meczu 51-42 po pięciu punktach z rzędu Skibniewskiego. Trener Rajkovic triumfował na ławce gości.

Kiedy wydawało się, że miejscowi mogą  mieć problemy z podniesieniem się po takim ciosie, nastąpił zupełnie nieoczekiwany zwrot sytuacji. Rajkovic zdjął z parkietu Mladenovica i postanowił grać w tym momencie bardzo niską piątką bez środkowego. Szybko jednak zauważył, że był to zły pomysł. Polpharma, dzięki świetnej serii Tony’ego Weedena, energii jaką dawał Brian Gilmore (ze swoim wąsem wyglądał niczym Adam Morrison z czasów gry w Lakers) i kilku głupich stratach wrocławian, zanotowała serię 13-0 i na 2:41 przed końcem trzeciej „ćwiartki” prowadziła 55-51.

Pierwsze trzy punkty w ostatniej odsłonie zdobyli gospodarze i po trafieniu Tomasza Śniega było już 60-54. Zarówno Polpharma jak i Śląsk grały w niedzielę zrywami. W kolejnych akcjach wrocławianie zanotowali tendencję wznoszącą po trójkach Calhouna i Akselisa Vairogsa oraz trafieniu za dwa tego pierwszego, to oni wygrywali 62-60. Po chwili piłkę stracił Adam Metelski, a „Skiba” trafił jeszcze jeden rzut. Wojciech Kamiński zmuszony był poprosić o czas.

Przerwa pozytywnie podziałała na miejscowych i siedem punktów z rzędu Weedena ponownie wyprowadziło ich na czoło. Skuteczny tego dnia Calhoun natychmiast odpowiedział celną trójką i na 2:31 przed końcem meczu na tablicy pojawił się remis po 67.

Ostatnie dwie minuty rozgrzały publiczność zgromadzoną w hali do czerwoności. Nastroje w obu ekipach zmieniały się kilkukrotnie. Najpierw więcej radości widać było na twarzach graczy Śląska, którzy po trafieniu spod kosza Mladenovica wygrywali 69-67. Za chwilę podobnego rzutu nie trafił Gilmore, a w odpowiedzi faulowany przez Okafora serbski center gości spudłował dwa rzuty osobiste.

Kolejne trafienia zaliczyli jeszcze Śnieg i Bochno, po trafieniu którego Śląsk prowadził 71-69 na 28 sekund przed końcem. Wtedy nastąpiła jednak najbardziej kontrowersyjna decyzja sędziów w tym spotkaniu, a trzeba przyznać, że arbitrzy wśród, których była jedna kobieta mylili się na potęgę. Odgwizdywali mnóstwo przewinień, których nie powinni, a w decydujących momentach popełniali fatalne błędy. Wyraźnie nie chcieli widzieć fauli, jakie na Robercie Skibniewskim podczas wyprowadzania piłki popełniał zbyt agresywnie kryjący Michael Hicks.

Piłkę z autu wyrzucał właśnie Hicks, a wyjść do podania starał się Weeden. Faulował go jednak Graham, któremu odgwizdano faul niesportowy co było zupełnie niezrozumiałą decyzją. Goście prowadzili w tym momencie i nie potrzebowali faulować, ale sędziowie jak widać inaczej interpretowali tą sytuację. Sam Weeden był wyraźnie rozbawiony i uśmiechał się szeroko od ucha do ucha. Dwa rzuty osobiste pewnie wykonał Hicks, a piłka była dalej w posiadaniu Polpharmy. Właśnie niepilnowany Weeden wszedł bez problemu pod kosz i zdobył punkty. Gospodarze wygrywali 73-71, a na zegarze pozostawało jeszcze 6 sekund.

Wściekły trener Rajkovic przez niemal cały timeout nie mógł dojść do siebie i zrozumieć w jaki sposób Weeden tak łatwo zdobył punkty. Serb na szybko rozrysował akcję, która miała przynieść Śląskowi zwycięstwo. Jak sam powiedział miała być banalnie łatwa. Piłka trafiła do Mladenovica, który odegrał na obwód do Calhouna. Ten na nieszczęście wrocławskiego zespołu spudłował. Spadająca piłka trafiła jeszcze w ręce Mladenovica, ale po jego próbie piłka ugrzęzła między obręczą, a tablicą. Pech Śląska polegał na tym, że strzałka na stoliku sędziowskim wskazywała na Polpharmę. Co prawda faulowany Weeden spudłował dwa rzuty z linii, ale rzut rozpaczy Skibniewskiego zatrzymał się na obręczy.

Dla Śląska była to już trzecia porażka w tak minimalnych rozmiarach w tym sezonie. Kolejny raz potwierdziło się, że świetnie spisujący się przez cały mecz Aleksandar Mladenovic, nie potrafi zachować się odpowiednio w sytuacji, kiedy trzeba zdobyć punkty decydujące o wygranej w końcówce. W sumie w ostatniej kwarcie nie trafił żadnego z czterech wykonywanych przez siebie rzutów osobistych i nie umieścił w koszu piłki mogącej zdecydować o remisie.

Statystycznie gorzej niż przeciwko Czarnym wypadł Robert Skibniewski. 9 punktów, 5 asyst i 6 strat wygląda dość mizernie przy ostatnich dwóch double-double. Spowodowane było to naciskiem, głównie Hicksa, o którym pisałem wcześniej, a nie będącym do końca czystym zagraniem. Kolejny już raz zadaję sobie pytanie, co daje Śląskowi Slavisa Bogavac. Serb zarówno w defensywie jaki i ataku nie prezentuje poziomu ekstraklasowego. Tym razem w ciągu 8 minut gry spudłował 3 rzuty i był zupełnie nieprzydatny.

Bartosz Bochno zaskoczył pozytywnie o zdobył 7 punktów, trafiając dwa razy za dwa co w jego przypadku jest niezwykłą okolicznością. Były zawodnik Turowa znany jest raczej z odpalanych seryjnie rzutów z dystansu. Sam Rajkovic po jednym z celnych rzutów Bochny, pytał z uśmiechem na ustach czy to prawda. Przeciwko Polpharmie zaliczył kilka dobrych minut także w defensywie, broniąc Hicksa. Dalej jednak jest zawodnikiem, który ma blokadę i nie potrafi w pełni zaprezentować swoich umiejętności.

Właśnie obsada drugiego „polskiego” miejsca w piątce jest największym problemem Rajkovica. Piotr Niedźwiedzki i szczególnie Kacper Sęk zbyt często gubią się w obronie i kiedy obaj przebywają na parkiecie istnieje zagrożenie dla Śląska pod względem łatwych punktów rywali spod kosza.

Powracający do Starogardu Okafor ma widoczne braki w przygotowaniu kondycyjnym, ale jeśli dojdzie do pełni sprawności ma szansę ponownie zostać jednym z najlepszych środkowych ligi. Już teraz kilka razy „przestawiał” wyższego od siebie Mladenovica i zdobywał dość łatwo punkty spod kosza.

Kamiński po przyjściu do zespołu „Diabłów Kociewia” postanowił wzmocnić obronę i udało mu się to z bardzo dobrym skutkiem. W ostatnich dwóch meczach jego podopieczni tracą tylko 67.5 punktów.

Mecz nie do końca układał się po naszej myśli. Chciałbym jednak pochwalić mój zespół za postawę w obronie. To był kolejny mecz, w którym straciliśmy małą liczbę punktów. Cieszymy się z tego zwycięstwa, zwłaszcza, że nie wszystko funkcjonowało tak, jak byśmy tego chcieli – powiedział nowy trener Polpharmy.

Polpharma Starogard Gdański – Śląsk Wrocław 73:71 (20:19, 17:24, 20:11, 16:17)

Polpharma: Tony Weeden 16, Tomasz Śnieg 12, Patrick Okafor 10, Daniel Wall 9, Jeremy Simmons 9, Brian Gilmore 8, Michael Hicks 7, Grzegorz Arabas 2, Piotr Dąbrowski 0, Adam Metelski 0.

Śląsk: Qa’rraan Calhoun 17, Aleksandar Mladenovic 13, Paul Graham 12, Akselis Vairgos 11, Robert Skibniewski 9, Bartosz Bochno 7, Piotr Niedźwiedzki 2, Kacper Sęk 0, Slavisa Bogavac 0

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
VTB: Mistrz Polski postraszył Rosjan

Po dobrym i pasjonującym meczu Asseco Prokom Gdynia uległ CSKA Moskwa 65:74. Mistrz Polski walczył ambitnie przez całe 40 minut,...

Zamknij