Anwil rozbity w Słupsku

Niemoc Anwilu Włocławek cały czas trwa. „Rottweilery” przegrały już czwarty mecz z rzędu. Zupełnie odwrotna sytuacja panuje w zespole Czarnych Słupsk. Ekipa ta rozpoczęła zmagania w TBL od dwóch porażek, ale trzy kolejne spotkania wygrała i z meczu na mecz wygląda coraz pewniej.

Spotkanie Czarni – Anwil lepiej rozpoczęli goście. Dobre akcje rozgrywali Ryan Wright oraz Ruben Boykin, a trójkę dorzucił Krzysztof Szubarga. Dzięki tym zagraniom niemal w połowie pierwszej kwarty było 3:9. Później obudził się jeszcze Tony Weeden i zrobiło się 7:13. Można jednak powiedzieć, że to był koniec kąsania przez „Rottweilery”. Robert Tomaszek trafił za trzy, a w tym samym czasie Przemysław Frasunkiewicz faulował pod koszem Valdasa Dabkusa, który trafił obydwa rzuty wolne. Czarni w jednej akcji zyskali aż pięć punktów i znacznie zbliżyli się do rywali. To wydarzenie chyba zupełnie wybiło z rytmu Anwil i wzniosło na falę gospodarzy. Po pierwszej kwarcie Czarni prowadzili dwoma punktami.

Kto spodziewał się wielkich emocji w kolejnych odsłonach mógł bardzo się rozczarować. Czarni Słupsk krok po kroku, konsekwentnie powiększali swoją przewagę. Ostatnie cztery minuty drugiej kwarty za sprawą dobrze dysponowanego tego dnia Levi Knutsona wygrali 9-0. Przy zejściu do szatni na tablicy widniał wynik 45:31. To jednak cały czas nie była przewaga, o którą można być całkowicie spokojnym. Anwil od lat jest przecież znany jako ekipa z charakterem. Tym razem swój charakter zostawili chyba jednak na Kujawach. W całej trzeciej kwarcie „Rottweilery” rzuciły tylko dziewięć punktów. Co więcej, trafili tylko dwa rzuty z gry (w tym jeden to była dobitka). Z kolei Czarni się nie zatrzymywali i wykorzystywali słabość swoich rywali. Na koniec kwarty wyszli na +23. Patrząc na dyspozycję obydwu zespołów tego dnia można było już być spokojnym o wynik. W ostatniej kwarcie Anwil zagrał już troszkę lepiej albo Czarni po prostu bardziej się rozluźnili. W końcowych minutach pewny na linii rzutów był Arvydas Eitutavicius oraz dwie trójki dorzucił Szubarga (dlaczego dopiero teraz?) i dzięki temu Anwil przywiózł do Włocławka trochę mniejszą porażkę. Ostateczny wynik meczu to 82:64 (21:19, 24:12, 18:9, 19:24).

Czarni Słupsk byli po prostu zespołem zdecydowanie lepszym. Tak można w jednym zdaniu opisać ten mecz. Różnica była bardzo widoczna pod koszem. Tam niepodważalnie królowali Robert Tomaszek (13 pkt i 12 zb) oraz Valdas Dabkus (10 pkt i 7 zb). Ten duet miał trochę ułatwione zadanie, bo problemy z faulami mieli Seid Hajric (8 pkt) i Ruben Boykin (7 pkt i 5 zb). Słupszczanie wygrali walkę na tablicach 43-31. O wiele lepiej konstruowali również swoje akcje. W kategorii asyst byli lepsi w stosunku 17-6, a w stratach 17-19. Za konstruowanie akcji Czarnych odpowiadał głównie Todd Abernethy (8 pkt, 7 as i 5 prz). Ważną rolę strzelca odegrał również Levi Knutson, który zdobył 19 punktów. Przy tym wyniku nie przeszkadza nawet 5 strat, które popełnił Amerykanin.

Co można powiedzieć o Anwilu? Jest źle. Nawet bardzo źle. „Rottweilery” chyba chcą zacząć uprawiać odmianę koszykówki, w której nie trzeba trafiać do kosza. Włocławianie cały czas mają ogromne problemy ze skutecznością. Można mieć wrażenie, że przez to zaczynają bać się rzucać. Tony Weeden miał przebłysk w pierwszej kwarcie, ale później wrócił do swojej normy. Amerykanin rzucił 7 punktów i miał 2/9 z gry. Krzysztof Szubarga (9 pkt) też kolejny raz udowodnił, że nie nadaje się na typowego lidera. „Szubi” to bardzo charyzmatyczny gracz, który może budzić sympatię, ale często w pełni się uruchamia, gdy jest już po wszystkim. Najlepszym strzelcem Anwilu był Arvydas Eitutavicius. Zawodnik, który debiutował w naszej lidze raptem tydzień temu. Litwin zdobył 13 punktów. Z gry miał jednak koszmarne 1/9. Uratował się tylko skutecznością na poziomie 10/10 z linii rzutów wolnych. Trochę to nawet zabawne.

Anwil jest naprawdę w beznadziejnej sytuacji. To wszystko przypomina układankę, w której puzzle do siebie nie pasują. W tym sezonie rozpoczęli zmagania od bilansu 1-4. Gdyby nie cudowna kwarta w Kołobrzegu to byłoby zapewne 0-5. Anwil potrzebuje zmian. Jakich konkretnie? Ciężko powiedzieć, bo na dzień dzisiejszy wydaje się, że tych koniecznych zmian jest aż zbyt dużo. Na pomeczowej konferencji prasowej trener Dainius Adomaitis powiedział, że podaje się do dyspozycji zarządu. Czy to oznacza koniec litewskiego szkoleniowca we Włocławku? Nie sądzę. Podejrzewam, że najpierw możemy spodziewać się jakiś zmian wśród zawodników. Jedno jest pewne – Anwil Włocławek musi się ratować, bo nie jest dobrze.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Piątka naszych-byłych: notowanie trzecie.

Trzecią odsłonę naszej przygody z zawodnikami, którzy w przeszłości reprezentowali kluby PLK rozpoczniemy od drugiej ligi litewskiej. Tam konkretnie -...

Zamknij