Rekord nie jest najważniejszy

Pomimo tego, że w Łodzi nie został pobity rekord w ilości kibiców podczas meczu koszykówki w Polsce, nie możemy narzekać. Co tak właściwie wydarzyło się Łodzi przed, w trakcie trwania i po meczu ŁKS-u ze Śląskiem?

Kiedy otrzymałem od Michała Fetera zaproszenie na to spotkanie nie byłem do końca przekonany czy wybrać się do Łodzi. Informacje o próbie bicia rekordu i fakt, że rywalem ŁKS-u będzie Śląsk przeważyły.

Nie obyło się jednak bez początkowych problemów. Wiadomo – polskie drogi nie zachęcają do podróżowania. Odległość między Wrocławiem, a Atlas Areną to 208 kilometrów. Wg. Google Maps tą trasę powinienem pokonać w… 3 godziny i 22 minuty. Rzeczywistość okazała się jeszcze mniej przyjemna. Średnia prędkość 50 km/h i ponad cztery godziny drogi… 208 km…

Jak się jednak miało później okazać były to złe miłego początki. Atlas Arena już z zewnątrz robi bardzo dobre wrażenie. Pozytywnie zaskakuje spora ilość miejsc parkingowych przed halą. Zwracam na to uwagę, ponieważ dzień wcześniej miałem okazję być na premierowym spotkaniu piłkarzy Śląska Wrocław na Stadionie Miejskim w stolicy Dolnego Śląska. Na 43 000 widzów, którzy zjawili się na arenie, która już za niespełna rok przyjmie najlepszych europejskich piłkarzy do tego momentu oddano całe… 1700 miejsc parkingowych. Z czego 1000 było zarezerwowanych dla VIP-ów. Dochodziło do tego, że ludzie przybywający na mecz, parkowali na środku drogi dojazdowej do stadionu. Dosłownie na środku. Oczywiście skończyło się to dla tych osób odpowiednio wysokim mandatem oraz wywiezieniem ich auta na lawecie. Ok, nie o piłce miało być.

Jeśli mówimy o pozytywach, które zauważyłem jeszcze przed wejściem, to do parkingu należy dodać namiot „Lecha”, w którym można skosztować piwka w kibicowskim gronie. Jeśli ktoś preferuje większą wygodę, może wybrać inne miejsce. W koronie Atlas Areny znajduje się restauracja, w której także serwowane jest „jasne z pianką”, a dodatkowym plusem są telewizory zawieszone na ścianach, które umożliwiają śledzenie innych sportowych wydarzeń.

Ciekawych wrażeń dostarcza obecność w odległości ok. 100 metrów od Atlas Areny stadionu ŁKS-u. Nazywany przez miejscowych potocznie jako „Estadio da Gruz”, sprawia fatalne wrażenie. Jak jednak udało mi się dowiedzieć, niebawem w jego miejscu ma stanąć 16-tysięczny stadionik, sfinansowany ze środków miejskich.

Przy wejściu na halę, której rozmiary imponują zostaliśmy razem z żoną przywitani przez Jakuba Kacprzaka, który oprowadził nas, dzięki czemu mieliśmy okazję podziwiać jak powoli zapełnia się arena zmagań koszykarzy. Kuba Kacprzak i Michał Feter z biura prasowego ŁKS-u przyjęli nas od początku niezwykle ciepło. Otrzymaliśmy bilety na miejsca położone najbliżej parkietu i pełny dostęp do cateringu.

Wśród organizatorów od początku można było zaobserwować pewne poddenerwowanie tym co miało wydarzyć się niebawem. Już na godzinę przed rozpoczęciem spotkania, na trybunach zasiadło około 1000 widzów. Właśnie miejsca dla kibiców rozczarowały mnie nieco w ogólnym pozytywnym odbiorze Atlas Areny. O ile widoczność z miejsc położonych wzdłuż parkietu, nawet tych najwyższych jest bardzo przyzwoita, to zastanawia odległość jaka dzieli parkiet od pierwszych rzędów trybun. Na moje oko jest to dobre 10 metrów. Na łukach należy doliczyć do tego jeszcze jakieś 3 metry. Jeśli chodzi o minusy to głównie to zwróciło moją uwagę.

Im bliżej było do spotkania, tym więcej kibiców zbierało się już wewnątrz. Biciu rekordu sprzyjały tanie wejściówki. Ceny 5 i 10 złotych to naprawdę bardzo dobre rozwiązanie. Akcja „Bijemy rekord” została rozpromowana w niemal wszystkich mediach zajmujących się koszykówką. Zwracając uwagę na aspekt promocyjny, naprawdę ciężko do czegoś się przyczepić. Niesprzyjającą okolicznością do osiągnięcia wymarzonej liczby 10 116 kibiców są wyniki osiągane przez zawodników Łodziego Klubu Sportowego. Po sensacyjnym zwycięstwie w pierwszej kolejce z Anwilem Włocławek przyszły kolejne cztery porażki. Spragnieni basketu na wysokim poziomie, fani z Łodzi przybyli jednak bardzo licznie na spotkanie przeciwko Śląskowi. O liczbach jednak później.

Przyciągnąć takie tłumy do hali to jedno. Trzeba ich jeszcze czymś zająć i zachęcić do ponownego przyjścia na mecz. W tej kwestii na pewno jeszcze sporo pracy przed pracownikami ŁKS-u, ale i tak jest już nieźle.

W pierwszym konkursie, nagrody przyznawał bramkarz legenda zespołu z Łodzi – Bogusław Wyparło. Prezentacja drużyny ŁKS-u przy zgaszonych światłach potwierdziła, że jeśli się chce to można zorganizować przywitanie w efektowny sposób. W przerwie przeprowadzono rywalizację rzutową dla młodych fanów ŁKS-u. Ich zadaniem było minięcie Marcina Gortata i trafienie do kosza. Zaznaczyć należy jednak, że zawodnik Phoenix Suns i jeden z udziałowców ŁKS-u nie pojawił się na meczu. Młodzież musiała zadowolić się jego tekturowym wcieleniem. Może w przyszłości uda się namówić Marcina do odwiedzenia Atlas Areny podczas meczu łódzkiego zespołu. Oczywiście istnieje wtedy zagrożenie, że ludzie przyjdą „na Gortata”, a nie o to chodzi władzom klubu. Wydaje się, że przy takich konkurencjach potrzebny jest bardziej żywy spiker. Ten z Atlas Areny przez większość czasu milczał i nie potrafił należycie rozruszać widowni.

Łódzkie cheerleaderki próbowały jak mogły rozbawiać publiczność, ale nie zawsze wychodziło im to jak należy. Przykładem pierwszym z brzegu jest sytuacja, z którą spotkałem się w trzeciej kwarcie. Kiedy gra toczyła się w najlepsze, tancerki ŁKS-u stanęły wzdłuż linii bocznej przy, której mieliśmy okazję siedzieć i rozpoczęły „machać pomponami”. Doceniam oczywiście urodę tych dziewcząt, ale zupełnie zasłoniły nam widok na parkiet i kilka rzuconych punktów przez zawodników Śląska mogliśmy obserwować tylko na telebimie.

Wielką rolę w pozytywnym odbiorze oprawy tego meczu przypisać należy tzw. „młynowi”. Sporo osób zasiadających na trybunie przeznaczonej dla tej grupy to kibice piłkarskiego zespołu, ale jak się dowiedzieliśmy nie tylko. Także miejscowi koszykarze mają „swoich ludzi” w młynie. To w jaki sposób ta około 1500 osobowa grupa dopinguje ŁKS robi ogromne wrażenie. Rozpoczęło się od odśpiewania klubowego hymnu w pierwszej minucie. Przez całą pierwszą połowę  głośno intonowali przeróżne przyśpiewki o swoich idolach. Co ważne, ani jedna z nich nie zawierała niecenzuralnych słów. Dla mnie i mojej żony, taki sposób kibicowania na koszykówce był czymś zupełnie nowym i zaskakującym. We wrocławskiej Orbicie, miejscowy Klub Kibica próbuje zrobić coś na kształt młynu, ale póki co jest to nieudolne odwzorowanie.

Co ważne grupa najzagorzalszych kibiców ŁKS-u potrafi pobudzić także resztę widowni, namawiając choćby do odpowiadania na ich pokrzykiwania. W tym miejscu musze także opowiedzieć o jedynej sytuacji zaczerpniętej nieco z piłkarskich trybun. Fanatycy ŁKS-u zaintonowali pewną przyśpiewkę o wrogim Widzewie. „Kto nie tańczy ten z Widzewa”. Co ciekawe nawet w VIP-owskiej loży, rytmicznie zaczęło podskakiwać sporo osób.

Ogólne wrażenie dopingu w trakcie całego meczu jest bardzo pozytywne.

Przejdźmy do tego co było clue programu dnia. Co kilka minut spiker zawodów informował o ilości widzów, którzy już znajdują się w hali. Z jego ust padały kolejno liczby 6,7 i 8 tysięcy. Szanse na rekord były więc spore. Z każdą chwilą, kiedy zbliżał się początek spotkania, ta perspektywa historycznego wyniku oddała się jednak, ponieważ szczególnie za koszami trybuny świeciły pustkami.

Jeśli dobrze pamiętam to na początku trzeciej kwarty spiker ogłosił ostateczny „wyrok”. Rozpoczął od stwierdzenia, że „W Atlas Arenie jest 10 400 (publiczność w tym momencie oszalała) … przygotowanych miejsc dla kibiców. Na dzisiejszym meczu jest nas: 9128”.

Rekord nie padł, ale wspomnienia są świetne. Sama inicjatywa wydaje się niezwykle trafiona. Wiedząc jak kryzys toczy polską koszykówkę, to te ponad 9 tysięcy ludzi na trybunach robi wrażenie. Ciężko narzekać na brak rekordu w momencie, kiedy mamy przed oczami takie liczby.

Miejmy nadzieję, że władze ŁKS-u nie poprzestaną na tym jednym razie. Warto próbować, a co ważniejsze – może to być doskonały przykład dla innych klubów. Oczywiście nie każdy z nich dysponuje tak wielką halą, ale może udałoby się np. próbować bić rekordy danego miasta. Jeśli we Wrocławiu na jednym spotkaniu było w tym sezonie najwięcej 4 tysiące kibiców, to trzeba zrobić wszystko żeby pobić swój rekord i kolejnym razem ściągnąć 5 000.

Przy całym pozytywnym wrażeniu, jakie odnieśliśmy przed i podczas spotkania, po ostatniej syrenie czekała na nas jeszcze kolejna niespodzianka. Zostaliśmy zaproszeni na kolację dla zawodników, władz klubu i dziennikarzy. W restauracji „Bierhalle” miałem okazję poznać choćby Filipa Keniga, który jest głównym udziałowcem klubu, a dodatkowo zawodnikiem i przemiłym człowiekiem. Opowiedział o tym, jak postanowił odbudować ŁKS od najniższego szczebla. Z jego słów można wywnioskować najważniejsze stwierdzenie: ŁKS-em zajmują się bardzo pozytywnie zakręceni na punkcie basketu ludzie. Właśnie Kenig, Michał Feter i Kuba Kacprzak udowadniają, że dzięki ciężkiej pracy i wielkiej fascynacji koszykówką można zdziałać bardzo wiele. Oby więcej takich ludzi pracowało w polskim sporcie, a na pewno będziemy bliżej Europy. Wszyscy opowiadali także o tym w jaki sposób docierają do swoich potencjalnych kibiców. Zależy im na promowaniu koszykówki wśród młodzieży. Darmowe bilety otrzymują łódzkie szkoły i tychże dzieci widać było na trybunach naprawdę sporo. Najmłodsi widzowie są zafascynowani takimi oto stworzeniam:

Tauronki, bo chyba tak się nazywają robią furorę. Podczas spotkań tańczą z cheerleaderkami, wystrzeliwują w powietrze maskotki oraz rozdają inne gadżety z logo Tauronu. Są bardzo miłym urozmaiceniem meczów TBL i są całkiem niezłym odwzorowaniem maskotek rodem z NBA.

Oczywiście jeszcze sporo pracy przed ludźmi zajmującymi się marketingiem. Mam nadzieję, że kilka krytycznych słów napisanych przeze mnie powyżej nie zostanie negatywnie odebranych. Konstruktywna krytyka jest niezbędna do dalszego rozwoju. Przede wszystkim jednak zazdroszczę ludziom z Łodzi wielkiego zapału i gratuluję tego co już osiągnęli. Wielka sprawa Panowie i dzięki za zaproszenie!!!

Przed spotkaniem życzyłem sobie rekordu i wygranej Śląska, jako że to właśnie temu zespołowi kibicuję od dziecka. Udało się zrealizować  tylko drugą prośbę. Wrocławianie wygrali pewnie 85-69, głównie dzięki świetnej postawie Roberta Skibniewskiego.

Foto: Andrzej Romański

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Kolejna wygrana drugoligowego Śląska

Autor: Patryk Kupis Pewna wygrana z Hawajskimi Koszulami Żory pozwoliła utrzymać drugoligowemu Śląskowi Wrocław utrzymać pozycje lidera grupy B.

Zamknij