Hodge zagrał swoje, a Stelmet zgarnął zwycięstwo

Podczas wczorajszego meczu Anwil Włocławek – Stelmet Zielona Góra byliśmy świadkami wielkich emocji. Wynik tej konfrontacji był sprawą otwartą aż do ostatnich sekund. Ostatecznie zwycięstwo zagarnęli goście. Mecz zakończył się wynikiem 65:68.

Stelmet Zielona Góra kilkukrotnie podczas tego spotkania wychodził na prowadzenie. Nie potrafili jednak wyraźnie zaznaczyć swoje przewagi. Ambitnie grający Anwil Włocławek praktycznie za każdym razem potrafił dogonić swoich rywali. Z tego względu kibice zgromadzeni w „Hali Mistrzów” przeżywali emocje niemal do samego końca. Kluczowa akcja miała miejsce na minutę przed końcem, gdy „Rottweilery” przegrywały tylko dwoma punktami, a Krzysztof Szubarga popełnił błąd kroków walcząc o piłkę w parterze. Goście wprawdzie nie wykorzystali swojej szansy, aby postawić przysłowiową „kropkę nad i”, gdyż nie trafił Mantas Cesnauskis, ale Anwil wybił się rytmu. W kolejnej akcji, na 19 sekund przed końcem, Szubarga mógł wchodzić na kosz, ale zawahał się i oddał niepewny rzut z dystansu, który nie znalazł drogi do celu. Później była już tylko wojna nerwów i gra taktyczna, w której Stelmet lepiej sobie poradził.

Przyjezdni starali się bardzo mądrze rozgrywać swoje akcje. Starali się wykorzystać każdy błąd w defensywie Anwilu. Szukali często  prostych dograń pod kosz, które kończyły się łatwymi punktami. Dzięki temu całkiem dobrze radził sobie Oliver Stevic, który uzyskał 12 punktów i 12 zbiórek. Jeśli jednak ta droga rozwijani akcji nie wychodziła to zawsze mogli liczyć na Waltera Hodge’a. MVP ubiegłego sezonu kolejny raz udowodnił, że jest graczem wysokiego formatu. Rozbijał obronę rywali swoimi niesamowitymi wejściami pod kosz czy rzutami z dystansu, ale potrafił również świetnie rozdawać piłki lepiej ustawionym partnerom. Sporo wniósł również Quinton Hosley. Miałem wrażenie, że czeka tylko na jakieś nieporozumienie w szeregach Anwilu, aby wykorzystać to bez skrupułów. Wykorzystywał również swoje atuty, żeby momentami wręcz niemiłosiernie ogrywać Przemysława Frasunkiewicza. Inaczej jednak było, gdy był kryty przez Marcusa Ginyarda. Często musiał wtedy rzucać z ciężkich pozycji, co kończyło się pudłami. W ogóle Ginyard kolejny raz udowodnił, że dobra gra w obronie nie jest mu obca. Wie, gdzie tam rączkę wsadzić, żeby przeciwnik nie miał za łatwo.

Stelmet był przeważającą stroną w tym spotkaniu. Anwil miał problemy z kluczową kwestią, czyli trafianiem do kosza. Na początek był kłopot z wolnymi. Później trochę się poprawili, ale i tak nie zachwycali w tym elemencie. Rzucali ze skutecznością 62%, a goście z Zielonej Góry 69%. Jeszcze większy problem włocławianie mieli jednak na obwodzie. Po prostu nie potrafili rzucać za trzy. Zanotowali marną skuteczność 1/18 w rzutach z dystansu. Nie trafiali nawet z łatwych pozycji. Stelmet radził sobie o wiele lepiej, bo miał 7/19.

Goście grali mądrze, lepiej też trafiali, więc co spowodowało, że ten mecz był tak wyrównany? Bez wątpienia waleczność i ambicja Anwilu. Dla „Rottweilerów” nie było piłek straconych. Szczególnie było to widoczne na atakowanych tablicach. Anwil zanotował aż 17 zbiórek w ataku, a Stemet tylko 6. Ogólnie jednak walka na deskach zakończyła się wynikiem 47:38.

Kolejny raz przekonałem się jak barwną postacią jest Tony Weeden. Amerykanin jeszcze niedawno był kontuzjowany i widać, że jest zupełnie bez formy. Po przerwie jednak dostał chyba zielone światło od trenera Dainiua Adomaitisa na rzucanie. Jak wiadomo, w tej kwestii Weednowi nie trzeba dwa razy powtarzać. Często rozgrywane przez niego akcje wyglądały w taki sposób, że robił ze dwa kozły pod nogami i po prostu rzucał nad obrońcą. Taki trochę streetball rodem z amerykańskich ulic. Fakt jest taki, że Weeden trafił jedyną trójkę Anwilu, ale skutecznością nie grzeszył. Rzucił 13 punktów, ale na skuteczności 4/14 z gry (1/8 za trzy). Jak na strzelca to stanowczo za mało.

Problemem Anwilu było również samo konstruowanie akcji. Szubarga nigdy nie był w tym najlepszy, a gdy zabierał się za to Weeden to rozgrywający typu Miglinieksa przeżywali pewnie chwilowy zawał serca. Stelmet kreował swoje akcje w o wiele bardziej przemyślany sposób. Efekt tego to 14 asyst gości i tylko 6 gospodarzy. To jest niezbity dowód, że Anwil potrzebuje drugiego rozgrywającego. Weeden się do tego nie nadaje, a TBL to za wysokie progi w chwili obecnej dla młodego Kamila Maciejewskiego.

W zespole z Zielonej Góry świetnie tym rozgrywaniem zajmował się wspomniany już Hodge. Dodatkowo ten człowiek brał na swoje barki odpowiedzialność, gdy drużyna tego bardzo potrzebowała. Pod koniec spotkania musiał jednak zejść za pięć przewinień, ale dla Stelmetu to nie był większy problem. W tej nerwowej końcówce drużyna powierzyła swój los Hosley’owi. Ataki gości zaczęły opierać się właśnie na tym graczu. Przez Amerykanina przechodziły wszystkie ważne piłki. Właśnie takiej postaci brakuje mi w Anwilu. Brakuje mi lidera. Szubarga i Ginyard momentami wykazują w swojej grze zbyt dużą niepewność, a Weeden ma strasznie przekrzywiony celownik. Anwil jest strasznie waleczną i ambitną ekipą, ale potrzebuje jeszcze gracza na którym może niemal całkowicie polegać. Zapewne podczas sezonu ujawni się taka postać, ale obecnie widoczny jest jej brak.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o dwóch postaciach. Seid Hajric to wielki wojownik i potrafi nieźle zachować się pod koszem. Podczas tego spotkania rzucił 13 punktów. W jego grze zdenerwowała mnie jednak jedna rzecz. Gdy wyszły mu dwie kolejne akcje to w następnych trzech również próbował na siłę coś zdziałać. Po prostu za bardzo się podpalał. Drugą postacią jest Mantas Cesnauskis. Obrońca z polskim paszportem był zupełnie niewidoczny. Nie trafiał nawet ze stosunkowo łatwych pozycji (0/6 z gry). swoją twarz uratował jednak w samej końcówce. Był kilkukrotnie faulowany i na linii rzutów wolnych zachowywał się jak cyborg. Trafił przez te kilkanaście sekund 5/6 z osobistych. W dużej mierze dzięki temu Zastal mógł cieszyć się z tego zwycięstwa.

Na zakończenie zostawiam sobie najmniej przyjemną kwestię z tego spotkania. Stelmet wygrał ten mecz, ale polska koszykówka przegrała. Przegrała z poziomem sędziowania. Jeśli chcemy budować silną ligę musimy przykładać dużą wagę do jakości gwizdków. Trójka sędziowska w składzie Marcin Kowalski, Dariusz Szczerba i Maciej Guzik nie przypominali ludzi, którzy są w stanie poprowadzić spotkanie dwóch czołowych ekip w naszym kraju. Nie gwizdanie widocznych fauli, a gwizdanie tych których nie było; zapomnienie o istnieniu błędu ośmiu sekund czy błędne skazanie drużyny posiadające piłkę po wyjściu na aut – to była normalka w tym meczu, a i tak można wymieniać tych błędów o wiele więcej. Dawno nie widziałem tak słabego sędziowania. Obydwie drużyny na tym korzystały i miały przez to kłopoty. Tak po prostu być nie powinno.

 

Anwil Włocławek – Stelmet Zielona Góra 65:68 (15:18; 13:15; 20:19; 17:16)

Anwil: Hajrić 13, Szubarga 13 (5 zb, 6 str), Weeden 13 (5 zb), Wright 10 (6 zb), Ginyard 8 (8 zb), Frasunkiewicz 4, Boykin 3 (11 zb), Seweryn 1, Bartosz 0

Stelmet: Hodge 20 (8 as, 5 zb), Hosley 15 (5 zb), Stević 12 (12 zb), Łapeta 6, Cesnauskis 5, Sroka 4, Lopicić 4, Chanas 2, Jones 0, Stelmach 0.

Może Ci się również spodoba

3 komentarze

  1. jarek napisał(a):

    beznadziejnie subiektywny ten art., a na dodatek niekonsekwentny

    • Mac napisał(a):

      Dzięki za komentarz tylko szkoda, że jest taki niekonsekwentny ;. A co do subiektywizmu to przypominam, że to jest blog, a nie serwis sportowy, więc ideą tego miejsca jest przekazywania własnej opinii.

      Pozdrawiam

  2. woy9 napisał(a):

    świetna relacja Mac. Pozdro dla Panów: Szczerby, Kowalskiego i Guzika;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Czyż nieźle, ale Virtus przegrywa..

Dość niespodziewanej porażki po bardzo wyrównanych trzech odsłonach doznali na własnym parkiecie koszykarze Acei Virtusu Rzym. My znów przyglądaliśmy się...

Zamknij