Z nożem na gardle, czyli decydujące starcia w finałach PLK

Za nami siódmy mecz o tytuł Mistrza Polski drużyn z Sopotu i Gdyni. To nie pierwszy raz kiedy do wyłonienia finałowego zwycięzcy była potrzebna maksymalna ilość spotkań. Zróbmy przegląd najgorętszych par finałowych w historii PLK (przed rokiem 2000 – I ligi).

System rozgrywek play-off wprowadzono w sezonie 1984/1985, ale dopiero od 1994 roku, aby zdobyć złoty medal Mistrzostw Polski, trzeba było pokonać finałowego rywala aż czterokrotnie. Między sezonami 1986/1987 i 1993/1994 do zdobycia tytułu Mistrza Polski wystarczyły trzy zwycięstwa. Jak pokazuje historia aż 6 z 8 finałowych starć „do trzech” kończyło się wynikiem 3:0. Wyjątek stanowiła rywalizacja między dwoma wrocławskimi ekipami, czyli Ślaskiem i Aspro w sezonie 1991/1992. W rundzie zasadniczej koszykarze Aspro przegrali ze Śląskiem wszystkie cztery spotkania, więc do meczów finałowych podchodzili w nie najlepszych nastrojach. Łatwo było przewidzieć, że przegrają pierwsze spotkanie. Ku zaskoczeniu większości obserwatorów w meczu nr 2. „powstali z popiołów”. Idąc za ciosem Aspro wywalczyło zwycięstwo także w kolejnym meczu. Niestety po przegranej w spotkaniu nr 4. nie uwierzyli, że mogą zdobyć tytuł Mistrza i w starciu nr 5. zostali zdeklasowani przez przeciwnika (109:85).

Do pierwszej siedmiomeczowej rywalizacji o złoto doszło w sezonie 1997/1998 między drużynami Pekaes Pruszków i Zepter Śląsk Wrocław. Co ciekawe nieco wcześniej właśnie te zespoły rozegrały między sobą walkę o Puchar Ligi, co stanowiło przedsmak finałów I ligi. Po 5. spotkaniach Zepter prowadził 3:2, a kolejny mecz miał się odbyć w Hali Ludowej. Sympatycy Śląska już fetowali tytuł Mistrza, ale jak się okazało przedwcześnie, ponieważ sam Adam Wójcik nie mógł wygrać meczu. Wściekli na swoich zawodników kibice Śląska rzucali na parkiet „czym popadnie”. W meczu nr 7. szczególnie dała się we znaki nieobecność Krzysztofa Sidora. Nieco przytłoczeni gracze Pruszkowa nie potrafili dogonić rywala, ostatecznie przegrywając 51:63.

Szlagiery lat 90., czyli spotkania Nobilesu Włocławek ze Śląskiem Wrocław, przez wielu były nazywane „świętymi wojnami”, dzięki emocjom i kontrowersjom, jakie im towarzyszyły. Do najbardziej zaciętej rywalizacji między tymi drużynami doszło w sezonie 1998/1999. W rundzie zasadniczej Śląsk wygrał dwa mecze z Anwilem, jeden z nich po legendarnym rzucie Jacka Krzykały prawie przez całe boisko. Zawodnicy Nobilesu podeszli do walki finałowej szczególnie zmotywowani – w ustach cały czas pozostawał niesmak po przegranych finałach sezonu 1993/1994, w których, według wielu opinii, pierwszoplanową rolę odegrali arbitrzy. Tym razem każdy zespół wykorzystywał atut własnego parkietu doprowadzając tym samym do spotkania nr 7, choć i tu nie obyło się bez kontrowersji. Według kibiców Anwilu w meczu nr 5., wygranym po dogrywce przez Śląsk, sędziowie wydali wiele decyzji krzywdzących gości. Do ostatecznego wyłonienia Mistrza Polski, czyli meczu nr 7., doszło 13 maja. „Trzynastka” okazała się być pechowa dla włocławian. Wrocław, grając praktycznie szóstką koszykarzy, po raz kolejny zdobył złoty medal (67:60). Jak się okazało, Anwil już nigdy nie był tak blisko zdobycia mistrzostwa grając przeciwko Śląskowi.

Na emocje sięgające zenitu kibice koszykówki w Polsce czekali niemal kolejne 10 lat, bowiem dopiero w sezonie 2007/2008, w którym zmierzyli się Prokom Trefl Sopot z PGE Turowem Zgorzelec, o tytule decydował siódmy mecz. Zgorzelczanie startowali do play-off z pozycji lidera, dzięki czemu mieli przewagę parkietu. Niesieni głośnym dopingiem kibiców odnieśli dwa zwycięstwa u siebie, jednak w kolejnych dwóch spotkaniach w Sopocie, to Prokom triumfował. Kolejne dwa mecze to zwycięstwa gości, więc o tym kto zostanie Mistrzem Polski miał zadecydować „mecz o wszystko”. Na początku mało kto wierzył, że „Tury” mogą zdetronizować sopocian, choć w swoich szeregach miały dwóch snajperów (Logan, Kelati), potem jednak wszelkie sceptyczne głosy ucichły, tym bardziej, że ostatni mecz był rozgrywany w Zgorzelcu. Koszykarze z pewnością zapewnili kibicom niezwykłe widowisko. Prawie całe 40 minut wynik oscylował w okolicach remisu. Nie do zatrzymania dla Turowa był jednak Milan Gurović, który co rusz dziurawił kosz przeciwnika (36 pkt., 10 zb., 7 fw), ostatecznie prowadząc swoją drużynę do zdobycia kolejnego Mistrzostwa Polski, pierwszy raz pod wodzą Tomasa Pacesasa (70:76).

Finał sezonu 2010/2011 to nic innego jak powtórka z rozrywki, czyli walka o złoto między Asseco Prokomem Gdynia a PGE Turowem Zgorzelec. Mało kto wierzył, że zgorzelczanom uda się „ugrać” więcej niż jedno zwycięstwo, tym bardziej, że aby wejść do finału musieli rozegrać maksymalną liczbę spotkań w play-off. Po sezonie zasadniczym Asseco startowało z pozycji lidera, jednak po pięciu spotkaniach to „Tury” prowadziły 3:2. Zgorzelczanie liczyli na zakończenie dynastii Prokomu, lecz w meczu nr 6. stan rywalizacji został wyrównany i o wyłonieniu zwycięzcy miało zadecydować spotkanie nr 7. Rozpędzony zespół gospodarzy prowadził przez cały mecz, goście próbowali ich dogonić, na półtorej minuty do końca IV kwarty mieli do odrobienia tylko 3 „oczka”. Na ich nieszczęście Asseco nie pozwoliło odebrać sobie prowadzenia, ostatecznie zwyciężając 76:71.

W tym sezonie finałowy mecz „z nożem na gardle” ponownie wygrała drużyna z Gdyni. Emocji nie zabrakło, szczególnie w końcówce. Czy komuś w końcu uda się przerwać hegemonię Asseco, czy w przyszłym sezonie zespół z Gdyni zdobędzie już 10. pod rząd tytuł Mistrza? Ostatnie dwa finały pokazują, że wywalczenie złota nie przychodzi już Prokomowi tak łatwo. Oby kolejne finały PLK były równie emocjonujące…

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Corbett nie wróci do Tarnobrzega.

LaMarshall Corbett nie będzie grał w Siarce Jezioro Tarnobrzeg w nowym sezonie TBL. Zainteresowania zawodnikiem nie wykazał Dariusz Szczubiał, trener...

Zamknij